I made a comment earlier today on a group post about how most of us would class ourselves as being lucky, but on reflection, it’s not quite as simple as that.
Whilst the majority succumb to the fatal embrace of the grim reaper, we the few, have experienced varying degrees of good fortune.
Perhaps most have some bruises and scars that they could do without, and whilst some escape his clutches with barely a scratch, others may live to fight another day, but bare deep wounds that will take much love and courage to fill.
Whilst things may seem hopeless at times and dark thoughts may cloud our way, we can at least feel lucky we are alive in an age where there is hope that much progress is being made to help heal those wounds.
We must hold our nerve to steady the ship, move forward slowly and keep a determined mind…

Po naszym pierwszym spotkaniu w lutym 2015 roku zdałem sobie sprawę, że nie jestem sam. Po raz pierwszy od czasu mojego zatrzymania akcji serca w poprzednim roku rozmawiałem twarzą w twarz z kimś, kto przeżył to samo co ja. Dotyczyło to również mojej żony, która, jak się okazało, uratowała mi życie. Właśnie podczas tego spotkania narodził się pomysł stworzenia organizacji SCA UK. Od tamtej pory osiągnęliśmy naprawdę wiele – przede wszystkim dostarczamy informacje, zasoby i wsparcie innym osobom w podobnej sytuacji, ale także zwracamy uwagę na losy osób, które przeżyły zatrzymanie krążenia, oraz na potrzebę lepszej opieki po wypisaniu ze szpitala. Zaczynamy osiągać postępy w tej dziedzinie, a wraz z utworzeniem organizacji charytatywnej szczerze wierzę, że czeka nas świetlana przyszłość i że znacząco zmienimy życie wielu osób, które dołączą do naszych szeregów.
